środa, 19 listopada 2025

Cisza zamiast oddechu...

Dzisiaj jest chyba najtrudniejszy dzień w moim życiu.


Niby nie ma bólu fizycznego, nie ma niczego — została tylko pustka.
Tak bardzo pragnęłam kochać tę małą istotę, co we mnie była, a teraz — dzień po dniu — codziennie ukrywam łzy.

Nikt nie dostrzegł mojego bólu, a ja tak chroniłam wszystkich przed moim cierpieniem.
“Życie toczy się dalej” – ile razy można to słyszeć?
Może i się toczy, ale moje zatrzymało się tamtego dnia.

Codziennie mam przed oczami szpital.
Słowa lekarza:
„tu już nic nie ma, nie ma nad czym płakać.”
A ja płakałam – w środku.
Na zewnątrz byłam znowu tą „silną”.

Nie okazuję słabości, bo nigdy jej okazywać nie mogłam.
W domu zawsze trzeba było ukrywać emocje, żeby mama się nie martwiła.
Przez ojca za szybko stałam się dorosła.
Kiedyś myślałam, że człowiek nie może mieć aż tylu łez – przy awanturach czułam tak silne lęki, że ciało drżało bardziej niż głos.
Musiałam udawać ....
wszędzie - po prostu musiałam mieć założony uśmiech i udawać, że cieszę się życiem.
Wiem, że mama jest zawsze przy mnie, ale ona przeszła tyle złego, że przed jej sercem też uczę się ukrywać swoje rany.

Miał się zdarzyć cud.
Miałam wreszcie poczuć, że ktoś pokocha mnie bezwarunkowo.
Że dam temu maleństwu wszystko, czego sama nie miałam.

Ale życie znowu mnie skopało.
Znowu podało ból.
Ile tego bólu człowiek może unieść?

Jestem tą, która nauczyła się milczeć, choć w środku ma huragan.
Tą, która bierze wszystko na siebie, żeby inni mogli spokojnie oddychać.
Tą, która ukrywa swoje łzy, żeby nikogo nie obciążyć.
Bo nawet kiedy cierpię, wciąż myślę o tym, żeby nie bolało innych.

Jestem kobietą, która potrafi się uśmiechnąć, nawet kiedy pęka w środku.
Delikatną i wrażliwą, od której wciąż oczekuje się siły.
A ja tę siłę mam — tylko czasem jej już nie starcza.

Jestem człowiekiem, który tyle razy musiał być „dzielny”, że nikt już nie pyta, jak naprawdę się czuję.
Wszyscy zakładają, że dam radę.
Że ogarnę.
Że przejdę przez wszystko jak przez kolejną przeszkodę.

Ale ja jestem też tą, która kocha tak głęboko, że ta miłość potrafi ranić i leczyć jednocześnie.
Tą, która nosi w sobie przestrzeń po kimś tak maleńkim, a tak nieskończenie ważnym, że nie da się o tym mówić zwyczajnie.



Nie krzyczę o uwagę.
Nie robię scen.
Nie walę pięściami w stół.
Cicho płaczę — w miejscach, gdzie nikt nie patrzy.

A mimo to wciąż jestem.
Wciąż próbuję wstać.
Wciąż próbuję oddychać, nawet kiedy każdy wdech boli.
Bo nigdy więcej roku 2025.
Nigdy więcej takiego ciężaru.

Wszyscy myślą, że poradziłam sobie z tym wszystkim,
że minęło „wystarczająco dużo czasu”,
że powinnam ruszyć dalej.
A ja nie wiem, jak zrobić krok do przodu.
Nie wiem, jak oddychać.

Rodzina widzi, że wracam z pracy i czasem nic nie robię.
Widzą lenistwo.
Nie widzą pustki.
Nie widzą, że leżąc, ja nie odpoczywam – ja gasnę.

Całe życie musiałam udawać.
Od urodzenia.
Udawać, że jestem prawdziwie szczęśliwa.
Udawać, że nic mnie nie boli.

I teraz, po tylu latach udawania, nie wiem już, jak być sobą.
Jak czuć.
Jak żyć.

Oddychanie boli, a myśli ciągną mnie w dół.

Nie mam siły żyć tak, jak wszyscy oczekują.
Moje ciało funkcjonuje, ale moja dusza leży na podłodze.
Od miesięcy.

Czasem nie wiem, czego bardziej potrzebuję:
czy przytulenia,
czy potrącenia przez samochód,
bo tak bardzo boli, że nawet w głowie mieszają się myśli o uldze i o krzyku.
Ale nie chcę umierać.
Chcę tylko, żeby ktoś w końcu zobaczył mój ból.
Żeby ktoś zobaczył mnie.

Bo prawda jest taka:
ja wcale sobie nie poradziłam.
Ja tylko potrafię świetnie to ukrywać.

Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
Gram rolę, jak w teatrze. Wychodzę na scenę życia, robię miny, wypowiadam kwestie, które ode mnie oczekują — ale ja nie znam dalszego scenariusza. Nie wiem, co będzie w kolejnym akcie. Nie wiem, czy będzie w ogóle...

A czasem czuję, że coś ciężkiego stoi tuż za moimi plecami.
Coś ciemnego.
Coś, co oddycha mi w kark.
Jakby los się ze mnie śmiał.
Jakby patrzył, ile jeszcze zniosę, zanim się złamię, zanim krzyknę, zanim zgasnę.

Patrzę na siebie z boku, jakbym była aktorką w życiu, które nie należy do mnie.
A przecież to ja tu stoję.
Ja oddycham.
Ja mam przetrwać dzień, który nie chce się skończyć.

I może o to chodzi — nie znać zakończenia.
Nie wiedzieć, dokąd i po co.
Może dziś jedyne, co mogę zrobić, to przetrwać swoją własną, najciemniejszą scenę...

Codziennie słyszę w głowie ten sam płacz.
Ten, który wydarzył się wtedy — gdy poczułam, że wszystko ze mnie "wyleciało".
Ten dźwięk wbija się we mnie jak igła.
To był mój krzyk pomieszany z płaczem. Krzyk, którego nikt nie usłyszał, tak samo jak nikt nie zauważył, że w tamtej chwili coś we mnie umarło.
Od tamtej pory czuję się pusta.
Jakby ktoś wyrwał mi środek życia.
Pamiętam tamten moment całym ciałem.
Pamiętam, że wtedy nie miałam siły żyć. 

Oddychanie boli. Każdy wdech jest jak drzazga, która wbija się pod żebra, a każdy wydech brzmi jak przyznanie, że znów przetrwałam, choć czasem nie wiem jak. Myśli są ciężarem, którego nie umiem już dźwigać. Niosę je jak kamienie przywiązane do kostek — i wciąż idę, choć nie wiem po co, dokąd i w imię czego.



Gram swoją rolę. Jak w teatrze. Uśmiecham się, odpowiadam, wychodzę do ludzi, mówię: „wszystko w porządku”. Ale prawda jest taka, że nie znam dalszego scenariusza. Nikt mi go nie pokazał. Nikt mnie nie przygotował na to, że w jednej chwili można stracić wszystko — i jeszcze musieć wstać następnego dnia.


Codziennie słyszę ten płacz. Ten sam, który wypełnił mi uszy tamtego dnia. Płacz, który wrył się w skórę tak głęboko, że mam go w sobie nawet wtedy, kiedy siedzę w ciszy. Czułam, jak wszystko ze mnie wypływa, jakby ktoś wyrywał ze mnie życie palcami. Pamiętam krzyk, który mieszał się z moim oddechem. Krzyk z płaczem. Krzyk, którego nie umiałam zatrzymać. Nie miałam wtedy siły żyć. I od tamtej pory czuję się pusta. Jakby ktoś zgasił we mnie światło, a ja wciąż próbuję udawać, że widzę cokolwiek w tym mroku.

To był krzyk, ale w środku to było coś więcej, niż tylko krzyk ...


Ten moment, gdy trzymałam się ściany, żeby nie upaść. Ten moment, gdy nikt nie słyszał, jak się rozpadałam. Ten moment, gdy przysięgłam sobie, że już nigdy, nigdy więcejbólu, bo nie przeżyje. Nigdy więcej takiego życia. Nigdy więcej.


Były chwile, kiedy bałam się własnych myśli. Kiedy coś we mnie szeptało, że można by po prostu przestać walczyć. Szeptało groźnie, jak cień, który stojąc za plecami, kładzie zimne dłonie na karku. Ale ja nadal tu jestem — może poobijana, może drżąca, może bez tego światła, które miałam kiedyś — ale jestem.


Bo mimo wszystkiego, gdzieś pod skórą, tam gdzieś, gdzie nikt nie zagląda, tli się coś małego. Coś słabego, ale upartego. Coś, co mówi: „jeszcze chwilę, jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden oddech.

I może właśnie o to chodzi — nie o to, żeby być silną. Nie o to, żeby udawać, że nic się nie stało. Może chodzi o to, żeby choć jeden raz w życiu przyznać: „boli, ale idę dalej”. Żeby nauczyć się nie oczekiwać od siebie cudów, tylko małych kroków. Jednego spokojniejszego oddechu. Jednej nocy bez krzyku w głowie. Jednego poranka, kiedy ból nie będzie pierwszą rzeczą, którą czuję.

A jeśli kiedyś znów zapytam siebie, ile jeszcze wytrzymam, może odpowiem:

"Tylko dziś. Tylko teraz. Resztę zobaczę później."



Bo czasem to jest jedyne, co można zrobić — przeżyć ten jeden dzień. A jutro? Jutro samo powie, czy chce być łagodniejsze.

niedziela, 8 czerwca 2025

Po cichutku....

 Długo mnie tu nie było, bo długo mnie też nie było w sobie. Ale dziś wracam, nie żeby coś udowodnić – tylko żeby dać sobie chwilę prawdy.



Tak po cichu, bez niczego - serduszko zgasło...

Tak ciężko wstać mi z łóżka - proszę wróć do nas!

Myślałam, że w życiu przeszłam już przez piekło, a 

prawdziwe piekło zaczęło się jak Twoje serduszko przestało bić.

Jakim piękny prezent 1 kwietnia - 6 tydzień....

Kiedy usłyszałam serce, że we mnie są dwa serduszka - było to najpiękniejsze uczucie...

Tata- oszalał, dbał o nas, żebyśmy się nie przemęczali, jedli zdrowo a jak bardzo kocha nas...

Czułam, że nie jestem sama... Aż do czasu jak nie czułam Ciebie - nierealne za wcześnie żebym Ciebie czuła, a jednak .... "Czuję jakbym nie była już w ciąży"

Później pojawiło się lekkie plamienie - od razu lekarz, a tam serduszko nie pracuję - przykro mi!

Przykro? - a mi serce rozpadło się na tysiąc kawałków....

Proszę udać się do szpitala...

Ja pojechałam do domu i z tatą już chciałam jechać do szpitala...

Naiwnnie wierzyłam, że lekarz się pomylił.

I to było  na tyle...

W domu wszystko zaczęło boleć, rozrywać mnie - szybko szpital - i co? została tylko pustka...

Nasze największe marzenie - stało się tylko wspomnieniem ....

Ten świat stał się pusty, bez uczuć, bez znaczenia... 

Tęsknię za Tobą, w myślach tulę, i choć z bólem próbuję się pogodzić to oddychać bez Ciebie nie mogę. Jest Ci tam dobrze?

Wierzę, że jeszcze na ziemi się u nas pojawisz i tylko to daję mi siłę do oddechu...

Walczę o każdy krok, aby wyjść z domu - ale Twój tata - to bohater gdyby nie on - poddałabym się, a przecież walczyć do Ciebie musimy - dać przykład, że nigdy się poddać nie możemy. Żyję z dnia na dzień z myślą, że przytulę Ciebie i powiem jak bardzo Cię kochamy! To tylko czas nas dzieli, bo kiedyś będziemy wszyscy razem i tak bardzo szczęśliwi. Jeszcze nie wiedzieliśmy czy chłopiec czy dziewczynka a już tak bardzo marzyliśmy i kochamy! 

Tekst napisałam wcześniej, ale nie opublikowałam - teraz mam siłę i wiarę żeby to zrobić....



Każdego dnia bliżej Ciebie...

To nie jest tak, że minął rok. To jest tak, że ja od roku stoję w miejscu… a świat idzie dalej beze mnie. Dokładnie rok temu leż...