środa, 22 kwietnia 2026

Każdego dnia bliżej Ciebie...

To nie jest tak, że minął rok.
To jest tak, że ja od roku stoję w miejscu…
a świat idzie dalej beze mnie.


Dokładnie rok temu leżałam w szpitalu.
I już wtedy wiedziałam.
Zanim ktokolwiek coś powiedział.
Zanim padły słowa, których nigdy nie chciałam usłyszeć.
Ja już czułam, że coś się skończyło.
Mówili: „za wcześnie, żebyś coś czuła”.
A ja czułam ciszę.
Taką, której nie da się pomylić z niczym innym.
Taką, która wypełnia ciało i zostawia w nim tylko pustkę.
Twoje serce już nie biło.
I razem z nim…
coś we mnie też się zatrzymało.
Leżałam i patrzyłam w sufit, jakby mógł mi oddać odpowiedź.
Jakby ktoś miał jeszcze przyjść i powiedzieć: „to pomyłka”.
Ale nikt nie przyszedł.
Wróciłam do domu bez Ciebie.
Z rękami, które nie miały kogo trzymać.
Z sercem, które nie wiedziało, jak dalej istnieć.
I od tamtego dnia wszystko jest inne.

Ludzie mówią.
Zawsze coś mówią.
„Nie użalaj się, inni mają gorzej.”
„Jesteś młoda, będziesz mieć jeszcze dzieci.”
A ja za każdym razem czuję, jakby ktoś próbował wymazać Ciebie.
Jakbyś był tylko chwilą.
Jakbyś nie był całym moim światem.

Minął rok.
I przez ten rok nie wydarzył się żaden cud.
Żadnego powrotu.
Żadnego nowego początku.
Tylko kolejne dni, które uczą mnie, jak oddychać z czymś, czego nie da się naprawić.
Są dni, kiedy nie rozumiem ludzi.
Jak można się śmiać, kiedy dla mnie wszystko się skończyło?
Jak można mówić o przyszłości, kiedy ja zostałam w jednym momencie na zawsze?
Dla mnie nie ma nic do śmiania.
Jest tylko tęsknota.

I wydarzyło się coś, czego nie umiem zapomnieć.
Na krzyżówce stała mała dziewczynka.
Sama.
Zatrzymałam się bez zastanowienia.
Poszłam do niej odruchowo.
Bo dziecko nie powinno być samo.
I kiedy na nią patrzyłam…
coś we mnie pękło jeszcze raz.
Bo ja też miałam dziecko.
Też powinnam była iść, przytulić, chronić.
A teraz robię to dla cudzych dzieci.
A dla swojego… nie mogę.
I to pytanie wraca do mnie każdego dnia:
dlaczego ja mogłam zdążyć do niej…
a nie mogłam zdążyć do Ciebie?

Minął rok.
A ja nadal rozmawiam z Tobą w myślach.
Nadal wyobrażam sobie, jaki byś był.
Nadal szukam Cię wszędzie....
Dziś w pracy była dziewczynka.
Popatrzyła na mnie i się uśmiechnęła.
Pomachała mi.
I przez jedną krótką chwilę…
poczułam coś, czego nie czułam od dawna.
Jakbyś to był Ty.
Jakbyś chciał mi powiedzieć: „mamo, jestem”.
A potem odeszła.
I zostałam z łzami w oczach…
bo może to nie byłeś Ty.
Ale ja tak bardzo chciałam w to uwierzyć.
Bo ja nie potrzebuję cudu.
Ja potrzebuję Ciebie.
Nie „innego dziecka”.
Nie „drugiej szansy”.
Ciebie.

Minął rok.
A ja nadal nie umiem żyć w świecie, w którym Cię nie ma.
Bo ja nie straciłam „ciąży”.
Ja straciłam dziecko.
I ta miłość… nie zniknęła.
Ona została.
We mnie.
Bez miejsca.
Bez końca.
I jeśli gdzieś jesteś…
to proszę…
przyjdź jeszcze raz.
Choć na chwilę.
W czyimś uśmiechu.
W czyichś oczach.
Bo ja już nie mam siły szukać Cię w ciszy.


Twoja mama nadal tu jest.
Ale bez Ciebie…
to nie jest życie.
To tylko tęsknota,
która nauczyła się oddychać.

Poczekaj na mnie tam…
bo ja tutaj już dawno nie jestem cała.
Bo z każdym dniem
coraz mniej mnie tutaj…
a coraz więcej przy Tobie.

Chcę być bliżej Ciebie.
Tak bardzo, że czasem boli samo oddychanie.
Ta myśl wraca do mnie w ciszy, w samotności, w każdym momencie, kiedy świat przestaje zagłuszać pustkę.
Jakby cała moja miłość nie umiała znaleźć już żadnego innego kierunku.
Ja już nigdy nie będę taka sama.
Część mnie została tam, gdzie Ty.
A reszta uczy się żyć z tym, że nie da się tego cofnąć.

I zostaje tylko to jedno pragnienie -
żebyś był gdzieś blisko.
Choćby w mojej myśli.
Choćby w moim sercu.
Choćby w tej miłości, która nie przestaje istnieć.
Bo ja Cię nie tracę każdego dnia.
Ja każdego dnia próbuję być bliżej Ciebie…
na jedyny sposób, jaki jeszcze mam....


Z każdym dniem jestem bliżej Ciebie.
Nie dlatego, że czas leczy.
Tylko dlatego, że każdego dnia trochę mniej mnie tutaj,
a trochę więcej tam, gdzie zostałeś Ty.
Bo odkąd Cię nie ma, moje życie przestało iść do przodu tak jak kiedyś.
Ono tylko płynie — cicho, bez kierunku, z jedną myślą, która wraca uparcie każdego dnia.
Że wszystko, co najważniejsze, jest już po drugiej stronie.
I choć próbuję żyć, oddychać, być dla świata…
to w środku wiem, że moje serce nie należy już do tego miejsca.
Z każdym dniem jestem bliżej Ciebie.
W tęsknocie.
W ciszy.
W tej miłości, która nie ma końca i nie ma gdzie się podziać.
I może właśnie to jest najtrudniejsze—
że ja nadal tu jestem,
a całe moje „naprawdę”
jest już przy Tobie....

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Ja już nie chcę...

Nie chcę już żadnych świąt.
Nie chcę Wielkiej Soboty, która powinna być ciszą, a jest krzykiem.
Nie chcę niczego, co zamiast ciepła przynosi strach.
Nie chcę tych dni, które dla innych są rodziną, a dla mnie są przypomnieniem, że dom potrafi być najgorszym miejscem na świecie.
U mnie święta zawsze miały ten sam smak.


Najpierw cisza.
Ta ciężka, dusząca cisza, która nie uspokaja — tylko ostrzega.
Potem napięcie.
Spojrzenia.
Milczenie, które boli bardziej niż słowa.
A potem wybuch.
Krzyk, który rozcina wszystko.
Wyzwiska, które lecą w stronę mamy — mojej mamy, mojej bohaterki, która całe życie niosła nas wszystkich, nawet wtedy, kiedy sama już nie miała siły.

I ja.
Stoję obok.
Drżę.
Cała.
Jak dziecko.

Bo moje ciało nie zna różnicy między wtedy a teraz.
Dla niego to wciąż ten sam dom.
Te same ściany.
Ten sam strach.
Nie mogę oddychać.
Nie mogę się uspokoić.
Serce wali jak oszalałe, jakby chciało uciec gdziekolwiek, byle nie tu.
A potem… wychodzimy.
Do kościoła.
Ludzie stoją spokojnie.
Koszyki. Święconki.
Cisza.
Prawdziwa cisza.
Taka, która dla nich jest spokojem.
A ja stoję w tłumie z oczami pełnymi łez.
I nikt tego nie widzi.
Nikt nie chce tego widzieć.
Patrzę na mamę i mówię cicho:
„Patrz… Jezus leży w grobie…”
I nagle coś we mnie pęka.
„Tak powinien leżeć ojciec… i już nie wstać.”
Te słowa wychodzą same.
Jak krzyk, który był we mnie latami.
I zaraz przychodzi żal.

Bo ja go kocham.
To mój ojciec.
I to jest najgorsze.
Bo jak kochać kogoś, kto daje Ci tyle bólu?
Jak patrzeć na człowieka, który powinien chronić, a rani najmocniej?
Jak pogodzić w sobie to, że serce nadal go chce… a ciało się go boi?
Wracam do domu i wszystko wraca razem ze mną.
Dzieciństwo.
Dni, kiedy chowaliśmy się w pokoju.
Cicho. Bez ruchu.
Żeby nie usłyszał, że jesteśmy.
Żeby nie przyszedł.
Krzyczał wtedy, że nie jest żadnym ojcem.
Że jesteśmy nikim.
A takie słowa nie znikają.
One zostają w człowieku na zawsze.
Rosną razem z nim.
Siedzą gdzieś głęboko i odzywają się wtedy, kiedy najmniej masz siły.
I jeszcze ta niesprawiedliwość.

Bo ja nie byłam sama.
Byli inni.
Dorośli.
Rodzina.
Wujek — brat ojca.
Jego żona — przedszkolanka.
Ludzie, którzy powinni wiedzieć, czym jest strach dziecka.
A ja prosiłam.
Czasem słowami.
Czasem spojrzeniem.
Czasem ciszą, która była krzykiem o pomoc.
I nikt nie przyszedł.
Nikt nie zapukał.
Nikt nie powiedział: „wystarczy”.
Za to później były pretensje.
Że wstyd.
Że po co policja.
A ja pamiętam ten telefon.
Drżące ręce.
Serce w gardle.
I jedną myśl — że jeśli nic nie zrobię, stanie się coś jeszcze gorszego.
Zabrali go.
I to nie był wstyd.
Wstydem było to, że dziecko musiało ratować dorosłych.
Dziś siedzę i czuję, że nie mam już sił.


Bo to nie jest tylko jedna awantura.
To jest całe życie, które wraca naraz.
Krzyk z przeszłości.
Krzyk z teraz.
I mój ból.
Po dziecku, którego nie zdążyłam przytulić.
Po nadziei, która zgasła, zanim zdążyła się zacząć.

To wszystko jest we mnie.
I nie mam gdzie tego położyć.
Nie chcę takiego życia.
Nie chcę świąt, które są wojną.
Nie chcę ciszy, która oznacza strach.
Nie chcę już się chować.
Nie chcę już drżeć.
Ale najbardziej…
nie chcę już udawać, że wszystko jest w porządku.
Bo nie jest.
I nigdy nie było.
A to, że nadal kocham —
mimo wszystkiego —
to nie jest słabość.
To jest najcięższy ciężar, jaki można nieść.

I ja…
już ledwo go dźwigam.

środa, 1 kwietnia 2026

Dzień, w którym usłyszałam serce…

Są daty, które nie mijają.
Nie kończą się o północy.
Nie zostają w kalendarzu.



One zostają w człowieku.

1 kwietnia.

Dla świata lekki, głupi, śmiejący się dzień.
Dla mnie — dzień, który rozrywa mnie od środka...

Pamiętam wszystko.
Nie „trochę”. Nie „ogólnie”.
Wszystko.

Gabinet.
Światło.
Zapach.
To napięcie, które ściskało gardło, kiedy kładłam się na fotelu.

I ten moment, w którym ekran przestał być tylko ekranem.

Zobaczyłam Cię.

Nie w pełni.
Nie tak, jak pokazują w filmach.
Ale wystarczająco, żeby wiedzieć, że jesteś.

A potem…

To.

Mały, drżący punkt.

Twoje serce.

Tak kruche, tak niepewne, a jednocześnie silniejsze niż wszystko, co kiedykolwiek czułam.
Bo ono nie biło tylko w Tobie.

Ono rozwalało mnie od środka nadzieją.

Nigdy w życiu nie czułam czegoś piękniejszego! 

W tamtej chwili świat przestał istnieć.
Była tylko jedna myśl:

„Jesteś. Naprawdę jesteś.”

Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo to zdanie mnie kiedyś zabije.

Wyszłam z gabinetu i świat był inny.
Ludzie mijali mnie na ulicy, nie wiedząc, że właśnie wydarzył się cud.

A ja niosłam go w sobie.
Cicho. Delikatnie.
Jakby każdy ruch mógł go spłoszyć.

Tego samego dnia były imieniny mojej mamy. Przecież nie mogłam dać jej piękniejszego prezentu...


Miałam w sobie przyszłość, która była tak realna, że aż bolała.

Wyobrażałam sobie Twoje dłonie.
Twój zapach.
Twoje miejsce przy stole.

Wyobrażałam sobie siebie jako mamę.

I nie wiedziałam, że właśnie wtedy życie pozwala mi dotknąć czegoś…
co za chwilę mi odbierze.

Dziś nie ma już tamtego świata.

Nie ma tamtej mnie.
Nie ma tamtych planów.
Nie ma Ciebie.

Zostało tylko wspomnienie, które nie chce się rozmyć.

Zostało ciało, które pamięta więcej, niż głowa chce przyznać.
Zostało serce, które raz usłyszało inne serce…

i już nigdy nie potrafi przestać go szukać.

Znów jest 1 kwietnia...

Ludzie się śmieją, żyją, funkcjonują.

A ja…

ja muszę udawać.

Ja wiem, jak to jest, kiedy coś naprawdę było…
a potem przestaje istnieć.

I zostawia po sobie pustkę tak ogromną, że nie da się jej nazwać.

To nie jest zwykła tęsknota.

To jest brak, który ma kształt.

To jest cisza, która krzyczy.
To jest miłość, która nie ma gdzie pójść.

Bo gdzie mam ją dać?
Komu?
Tobie?

Nie mam Twoich rąk.
Nie mam Twojego głosu.
Nie mam nawet wspomnienia, które mogłabym komuś pokazać.

Mam tylko ten jeden obraz.

Ten mały, drżący punkt na ekranie.

Twoje serce.

I świadomość, że przez chwilę biło naprawdę.

A potem…

świat po prostu poszedł dalej.



Chciałam Ciebie mieć tylko na wyłączność - byłaś, jesteś i będziesz moim całym światem. Wiem, że tam z góry dajesz mi siłę do życia! Miałam być najlepsza wersją mamy - dla Ciebie oddałbym wszystko, ale ... Niestety. Nie udało mi się. Codziennie myślę co zrobiłam źle i co mogłam jeszcze zrobić. Czułam, aby bezsilność i ból! Zawiodłam Cię Aniołku mój! Jesteś codziennie ze mną - gdyby nie Ty nie umiałabym funkcjonować...

A Ty istniałeś.

We mnie.
Dla mnie.
Całym sobą, który zdążył być.

Nie będę udawać.
Nie będę silna.

Bo są rzeczy, których nie da się posklejać.
I są miłości, które nie kończą się nawet wtedy…
kiedy wszystko inne już się skończyło.

1 kwietnia.

Dzień, w którym usłyszałam Twoje serce.
I dzień, który po roku przypomina mi,
że moje już nigdy nie będzie takie samo.

środa, 4 marca 2026

Przeszłość nie mija. Ona mieszka pod skórą...

Jeśli kiedykolwiek spotkasz kobietę, która straciła —
nie mów jej, że będzie dobrze.
Nie porównuj jej bólu do cudzego.
Nie przyspieszaj jej żałoby.
Możesz nic nie mówić.
Po prostu zostań.
Bo są straty, które nie mijają po roku.
Nie miękną w marcu.
Nie znikają w kwietniu.
Są takie, które mieszkać będą w ciele zawsze.
I choć nauczyłam się funkcjonować,
uśmiechać,
odpowiadać „wszystko w porządku”,
to prawda jest taka —
część mnie została w tamtym kwietniu.


Przeszłość nie mija. Ona mieszka pod skórą.
Są ludzie, którzy mówią: „To było dawno. Trzeba iść dalej.”
Zawsze wtedy zastanawiam się – jak?
Jak idzie się dalej, kiedy przeszłość nie jest wspomnieniem, tylko bólem? 

Dorastałam w świecie, w którym trzeba było być silną za wcześnie.
W którym dziecko uczyło się czytać nastroje szybciej, niż książki.
W którym miłość była nieregularna jak oddech po płaczu.
Dziś jestem dorosła.
Mam własne życie.
A jednak przeszłość nadal mieszka pod moją skórą.
Ale największa rana nie pochodzi z dzieciństwa.
Największa rana ma datę.
Kwiecień.
Minął prawie rok. Jest marzec. Za chwilę znów będzie kwiecień.
Ludzie powiedzą: „To już tyle czasu”.
Jakby czas miał cokolwiek naprawić.
A mnie boli tak, jakby to było wczoraj.
Poronienie to okrutna strata.
Cicha. Ale z krzykiem. Z bólem...
Nie ma zdjęć w ramkach.
Nie ma wspólnych wspomnień.
Nie ma grobu, przy którym inni zatrzymają się razem z Tobą.
Jest cisza.
I puste miejsce w ciele, które pamięta.
Ciało pamięta bardziej, niż kalendarz. Dotykasz ciało i cały czas czuję pustkę ...

I są słowa...
Słowa, które mają pocieszać, a rozrywają jeszcze bardziej.
„Mogło być gorzej.”
„Niektórzy rodzą i dzieci umierają im na rękach.”
„Jeszcze wam się uda.”
„Patrz na tego malucha, jaki słodki.”
Słyszę to w pracy.
Słyszę to między zdaniami.
Słyszę to wtedy, kiedy próbuję normalnie funkcjonować.
I wiem, że ludzie nie chcą ranić.
Wiem, że próbują zmniejszyć mój ból przez porównanie.
Ale strata nie jest konkursem.
Nie ma hierarchii cierpienia.
To, że komuś pękło serce inaczej, nie znaczy, że moje pękło mniej.
Nie czuję, żeby to była „lepsza” strata.
Nie czuję, żeby bolała mniej tylko dlatego, że moje dziecko odeszło wcześniej.
Ból nie mierzy się tygodniami ciąży.
Ból mierzy się miłością.
A ja kochałam.
Najgorsze są zwykłe dni.
Nie dramatyczne momenty.
Tylko takie chwile, kiedy ktoś pokazuje niemowlę,
a ja uśmiecham się z grzeczności
i czuję, jak coś we mnie cicho się zapada.
Albo kiedy słyszę: „Jeszcze wam się uda”
jakby nowe życie mogło zastąpić to, które straciłam.
Dzieci nie są wymienne.
Nadzieja nie jest plastrem.
A serce nie zapomina tylko dlatego, że „statystyka jest po naszej stronie”.
Minął prawie rok.
A ja nadal czasem budzę się z myślą, że to był zły sen.
To nie był sen.
To było i jest moje dziecko.
Moja nadzieja.
Moja przyszłość, którą zdążyłam sobie wyobrazić.
I może właśnie dlatego boli tak bardzo — bo straciłam nie tylko maleńkie życie, ale też wersję siebie, którą już zaczynałam się stawać.

A kiedy smutek jest za duży — śpię.
Znikam pod kołdrą.
Wyłączam świat.
Uciekam w sen, bo tam przez chwilę nie boli tak bardzo.
Potem słyszę: „Znowu spałaś tyle?”
Jakby to było lenistwo.
Jakby to był wybór.
A to nie jest wybór.
To jest sposób przetrwania.
Czasem moje ciało po prostu nie ma już siły dźwigać wszystkiego na jawie.
Więc wyłącza mnie, żeby mnie ochronić.

Uczę się z tym żyć.
Nie zapomnieć.
Nie porównywać.
Nie umniejszać.
Bo przeszłość nie mija.
Ona mieszka pod skórą.
A ja uczę się mówić: to był i jest mój ból. I mam prawo, żeby był ważny.
Czasem wyobrażam sobie, ile miałoby dziś miesięcy.
Czy już by się uśmiechało.
Czy miałoby mój nos, czy męża oczy.
Czasem łapię się na tym, że liczę w głowie:
„Teraz pewnie zaczynałoby siadać.”
„Teraz może mówiłoby pierwsze sylaby.”
Nikt tego nie widzi.
Nikt nie wie, że w zwykły wtorek stoję przy zlewie i myślę o kimś, kogo nigdy nie mogłam przytulić.
Nie mam nagranego płaczu.
Nie mam odcisku małej dłoni.
Mam tylko miłość,
która nie miała gdzie się podziać.
I może dlatego tak boli —
bo noszę w sobie macierzyństwo,
które nie miało szansy się wydarzyć.
Czasem kładę rękę na brzuchu,
zupełnie odruchowo.
Tak jakby ciało wciąż nie wiedziało, że już jest pusto.
I wtedy dociera do mnie najprostsza, najtrudniejsza prawda:
Byłam mamą.
Przez chwilę.
Na zawsze.

Nie mam aktu urodzenia.
Nie mam pamiątki ze szpitala.
Nie mam nawet pewności, czy świat zdążył je zauważyć.
Ale moje serce zauważyło.
Moje ciało zauważyło.
Moje życie już nigdy nie wróciło do „przed”.
I może dla świata to była krótka chwila.
Może dla statystyk to tylko liczba.
Może dla innych to „zdarza się”.
Dla mnie to był cały świat,
który zdążyłam pokochać.
Jeśli więc kiedyś zobaczysz kobietę, która uśmiecha się trochę za bardzo, która milknie przy temacie dzieci, która w kwietniu jest cichsza niż zwykle — może właśnie niesie w sobie kogoś,
kogo nikt poza nią nie pamięta.
A ja pamiętam.
I będę pamiętać.... 

środa, 19 listopada 2025

Cisza zamiast oddechu...

Dzisiaj jest chyba najtrudniejszy dzień w moim życiu.


Niby nie ma bólu fizycznego, nie ma niczego — została tylko pustka.
Tak bardzo pragnęłam kochać tę małą istotę, co we mnie była, a teraz — dzień po dniu — codziennie ukrywam łzy.

Nikt nie dostrzegł mojego bólu, a ja tak chroniłam wszystkich przed moim cierpieniem.
“Życie toczy się dalej” – ile razy można to słyszeć?
Może i się toczy, ale moje zatrzymało się tamtego dnia.

Codziennie mam przed oczami szpital.
Słowa lekarza:
„tu już nic nie ma, nie ma nad czym płakać.”
A ja płakałam – w środku.
Na zewnątrz byłam znowu tą „silną”.

Nie okazuję słabości, bo nigdy jej okazywać nie mogłam.
W domu zawsze trzeba było ukrywać emocje, żeby mama się nie martwiła.
Przez ojca za szybko stałam się dorosła.
Kiedyś myślałam, że człowiek nie może mieć aż tylu łez – przy awanturach czułam tak silne lęki, że ciało drżało bardziej niż głos.
Musiałam udawać ....
wszędzie - po prostu musiałam mieć założony uśmiech i udawać, że cieszę się życiem.
Wiem, że mama jest zawsze przy mnie, ale ona przeszła tyle złego, że przed jej sercem też uczę się ukrywać swoje rany.

Miał się zdarzyć cud.
Miałam wreszcie poczuć, że ktoś pokocha mnie bezwarunkowo.
Że dam temu maleństwu wszystko, czego sama nie miałam.

Ale życie znowu mnie skopało.
Znowu podało ból.
Ile tego bólu człowiek może unieść?

Jestem tą, która nauczyła się milczeć, choć w środku ma huragan.
Tą, która bierze wszystko na siebie, żeby inni mogli spokojnie oddychać.
Tą, która ukrywa swoje łzy, żeby nikogo nie obciążyć.
Bo nawet kiedy cierpię, wciąż myślę o tym, żeby nie bolało innych.

Jestem kobietą, która potrafi się uśmiechnąć, nawet kiedy pęka w środku.
Delikatną i wrażliwą, od której wciąż oczekuje się siły.
A ja tę siłę mam — tylko czasem jej już nie starcza.

Jestem człowiekiem, który tyle razy musiał być „dzielny”, że nikt już nie pyta, jak naprawdę się czuję.
Wszyscy zakładają, że dam radę.
Że ogarnę.
Że przejdę przez wszystko jak przez kolejną przeszkodę.

Ale ja jestem też tą, która kocha tak głęboko, że ta miłość potrafi ranić i leczyć jednocześnie.
Tą, która nosi w sobie przestrzeń po kimś tak maleńkim, a tak nieskończenie ważnym, że nie da się o tym mówić zwyczajnie.



Nie krzyczę o uwagę.
Nie robię scen.
Nie walę pięściami w stół.
Cicho płaczę — w miejscach, gdzie nikt nie patrzy.

A mimo to wciąż jestem.
Wciąż próbuję wstać.
Wciąż próbuję oddychać, nawet kiedy każdy wdech boli.
Bo nigdy więcej roku 2025.
Nigdy więcej takiego ciężaru.

Wszyscy myślą, że poradziłam sobie z tym wszystkim,
że minęło „wystarczająco dużo czasu”,
że powinnam ruszyć dalej.
A ja nie wiem, jak zrobić krok do przodu.
Nie wiem, jak oddychać.

Rodzina widzi, że wracam z pracy i czasem nic nie robię.
Widzą lenistwo.
Nie widzą pustki.
Nie widzą, że leżąc, ja nie odpoczywam – ja gasnę.

Całe życie musiałam udawać.
Od urodzenia.
Udawać, że jestem prawdziwie szczęśliwa.
Udawać, że nic mnie nie boli.

I teraz, po tylu latach udawania, nie wiem już, jak być sobą.
Jak czuć.
Jak żyć.

Oddychanie boli, a myśli ciągną mnie w dół.

Nie mam siły żyć tak, jak wszyscy oczekują.
Moje ciało funkcjonuje, ale moja dusza leży na podłodze.
Od miesięcy.

Czasem nie wiem, czego bardziej potrzebuję:
czy przytulenia,
czy potrącenia przez samochód,
bo tak bardzo boli, że nawet w głowie mieszają się myśli o uldze i o krzyku.
Ale nie chcę umierać.
Chcę tylko, żeby ktoś w końcu zobaczył mój ból.
Żeby ktoś zobaczył mnie.

Bo prawda jest taka:
ja wcale sobie nie poradziłam.
Ja tylko potrafię świetnie to ukrywać.

Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
Gram rolę, jak w teatrze. Wychodzę na scenę życia, robię miny, wypowiadam kwestie, które ode mnie oczekują — ale ja nie znam dalszego scenariusza. Nie wiem, co będzie w kolejnym akcie. Nie wiem, czy będzie w ogóle...

A czasem czuję, że coś ciężkiego stoi tuż za moimi plecami.
Coś ciemnego.
Coś, co oddycha mi w kark.
Jakby los się ze mnie śmiał.
Jakby patrzył, ile jeszcze zniosę, zanim się złamię, zanim krzyknę, zanim zgasnę.

Patrzę na siebie z boku, jakbym była aktorką w życiu, które nie należy do mnie.
A przecież to ja tu stoję.
Ja oddycham.
Ja mam przetrwać dzień, który nie chce się skończyć.

I może o to chodzi — nie znać zakończenia.
Nie wiedzieć, dokąd i po co.
Może dziś jedyne, co mogę zrobić, to przetrwać swoją własną, najciemniejszą scenę...

Codziennie słyszę w głowie ten sam płacz.
Ten, który wydarzył się wtedy — gdy poczułam, że wszystko ze mnie "wyleciało".
Ten dźwięk wbija się we mnie jak igła.
To był mój krzyk pomieszany z płaczem. Krzyk, którego nikt nie usłyszał, tak samo jak nikt nie zauważył, że w tamtej chwili coś we mnie umarło.
Od tamtej pory czuję się pusta.
Jakby ktoś wyrwał mi środek życia.
Pamiętam tamten moment całym ciałem.
Pamiętam, że wtedy nie miałam siły żyć. 

Oddychanie boli. Każdy wdech jest jak drzazga, która wbija się pod żebra, a każdy wydech brzmi jak przyznanie, że znów przetrwałam, choć czasem nie wiem jak. Myśli są ciężarem, którego nie umiem już dźwigać. Niosę je jak kamienie przywiązane do kostek — i wciąż idę, choć nie wiem po co, dokąd i w imię czego.



Gram swoją rolę. Jak w teatrze. Uśmiecham się, odpowiadam, wychodzę do ludzi, mówię: „wszystko w porządku”. Ale prawda jest taka, że nie znam dalszego scenariusza. Nikt mi go nie pokazał. Nikt mnie nie przygotował na to, że w jednej chwili można stracić wszystko — i jeszcze musieć wstać następnego dnia.


Codziennie słyszę ten płacz. Ten sam, który wypełnił mi uszy tamtego dnia. Płacz, który wrył się w skórę tak głęboko, że mam go w sobie nawet wtedy, kiedy siedzę w ciszy. Czułam, jak wszystko ze mnie wypływa, jakby ktoś wyrywał ze mnie życie palcami. Pamiętam krzyk, który mieszał się z moim oddechem. Krzyk z płaczem. Krzyk, którego nie umiałam zatrzymać. Nie miałam wtedy siły żyć. I od tamtej pory czuję się pusta. Jakby ktoś zgasił we mnie światło, a ja wciąż próbuję udawać, że widzę cokolwiek w tym mroku.

To był krzyk, ale w środku to było coś więcej, niż tylko krzyk ...


Ten moment, gdy trzymałam się ściany, żeby nie upaść. Ten moment, gdy nikt nie słyszał, jak się rozpadałam. Ten moment, gdy przysięgłam sobie, że już nigdy, nigdy więcejbólu, bo nie przeżyje. Nigdy więcej takiego życia. Nigdy więcej.


Były chwile, kiedy bałam się własnych myśli. Kiedy coś we mnie szeptało, że można by po prostu przestać walczyć. Szeptało groźnie, jak cień, który stojąc za plecami, kładzie zimne dłonie na karku. Ale ja nadal tu jestem — może poobijana, może drżąca, może bez tego światła, które miałam kiedyś — ale jestem.


Bo mimo wszystkiego, gdzieś pod skórą, tam gdzieś, gdzie nikt nie zagląda, tli się coś małego. Coś słabego, ale upartego. Coś, co mówi: „jeszcze chwilę, jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden oddech.

I może właśnie o to chodzi — nie o to, żeby być silną. Nie o to, żeby udawać, że nic się nie stało. Może chodzi o to, żeby choć jeden raz w życiu przyznać: „boli, ale idę dalej”. Żeby nauczyć się nie oczekiwać od siebie cudów, tylko małych kroków. Jednego spokojniejszego oddechu. Jednej nocy bez krzyku w głowie. Jednego poranka, kiedy ból nie będzie pierwszą rzeczą, którą czuję.

A jeśli kiedyś znów zapytam siebie, ile jeszcze wytrzymam, może odpowiem:

"Tylko dziś. Tylko teraz. Resztę zobaczę później."



Bo czasem to jest jedyne, co można zrobić — przeżyć ten jeden dzień. A jutro? Jutro samo powie, czy chce być łagodniejsze.

niedziela, 8 czerwca 2025

Po cichutku....

 Długo mnie tu nie było, bo długo mnie też nie było w sobie. Ale dziś wracam, nie żeby coś udowodnić – tylko żeby dać sobie chwilę prawdy.



Tak po cichu, bez niczego - serduszko zgasło...

Tak ciężko wstać mi z łóżka - proszę wróć do nas!

Myślałam, że w życiu przeszłam już przez piekło, a 

prawdziwe piekło zaczęło się jak Twoje serduszko przestało bić.

Jakim piękny prezent 1 kwietnia - 6 tydzień....

Kiedy usłyszałam serce, że we mnie są dwa serduszka - było to najpiękniejsze uczucie...

Tata- oszalał, dbał o nas, żebyśmy się nie przemęczali, jedli zdrowo a jak bardzo kocha nas...

Czułam, że nie jestem sama... Aż do czasu jak nie czułam Ciebie - nierealne za wcześnie żebym Ciebie czuła, a jednak .... "Czuję jakbym nie była już w ciąży"

Później pojawiło się lekkie plamienie - od razu lekarz, a tam serduszko nie pracuję - przykro mi!

Przykro? - a mi serce rozpadło się na tysiąc kawałków....

Proszę udać się do szpitala...

Ja pojechałam do domu i z tatą już chciałam jechać do szpitala...

Naiwnnie wierzyłam, że lekarz się pomylił.

I to było  na tyle...

W domu wszystko zaczęło boleć, rozrywać mnie - szybko szpital - i co? została tylko pustka...

Nasze największe marzenie - stało się tylko wspomnieniem ....

Ten świat stał się pusty, bez uczuć, bez znaczenia... 

Tęsknię za Tobą, w myślach tulę, i choć z bólem próbuję się pogodzić to oddychać bez Ciebie nie mogę. Jest Ci tam dobrze?

Wierzę, że jeszcze na ziemi się u nas pojawisz i tylko to daję mi siłę do oddechu...

Walczę o każdy krok, aby wyjść z domu - ale Twój tata - to bohater gdyby nie on - poddałabym się, a przecież walczyć do Ciebie musimy - dać przykład, że nigdy się poddać nie możemy. Żyję z dnia na dzień z myślą, że przytulę Ciebie i powiem jak bardzo Cię kochamy! To tylko czas nas dzieli, bo kiedyś będziemy wszyscy razem i tak bardzo szczęśliwi. Jeszcze nie wiedzieliśmy czy chłopiec czy dziewczynka a już tak bardzo marzyliśmy i kochamy! 

Tekst napisałam wcześniej, ale nie opublikowałam - teraz mam siłę i wiarę żeby to zrobić....



czwartek, 6 lipca 2023

Popychadło

Popychadło - to właśnie ja.
Cześć, jestem młodą dziewczyną, bez własnej wartości. Moja godność przeminęła z dzieciństwem. Nie mam sił, aby powiedzieć "stop"... 


Zawsze miałam wmawiane, że mam być miła i uczynna, a kto jest miły dla mnie?

Nigdy nie odmawiam, bo chcę wszystkich uszczęśliwić, a kto mnie?

Zawsze tylko ktoś - a gdzie w tym wszystkim ja?

Nauczyć się mówić "nie" i szanować siebie. Tylko, żeby było dobrze i cicho ....

Jestem zmęczona tym wszystkim. Mam dość tego. Nie mam siły wstawać rano z łóżka. Chcę żeby dzień skończył się jak najszybciej i żebym mogła zasnąć i przestać myśleć.

Pokój i ja modląc się za ciszą...

Brak pieniędzy i alkohol niszczą wszystko.
Nie wierzysz to spytaj moją siostrę ona też wie - 
Też pamięta boazerię na niej czerwień
Do dziś pewnie czeka, aż ktoś kłótnie przerwie
Wiele razy uciekałam stamtąd uwierz znam to
Wiem co czuje dziecko, myśli sobie biec.....
Bo jedyną myślą jest uciec stąd
Pamiętam późne popołudnie 
Im wyżej tym smutniej schody zamek kuchnię
Kiedy tak szłam nieufnie patrząc czy alkohol cuchnie
Wiem jak boli i jak puchnie
Jeden Bóg wie o co były tamte kłótnie
Dziś nie pałam do nich gniewem
Lecz jednego jestem pewna
Ten dom to nie był eden ilu takich jak ja nie wiem
Nie dociekam, lecz jako dziecko
Nie widziałem w nich człowieka
Wiedz to
"A teraz śpij teraz śpij i zapomnij o tym"
.............
Co widziałeś, co słyszałeś, co przeżyłeś
I pomyśl że to sen, że to wcale nie działo się...
Tak będzie lepiej śpij....




Każdego dnia bliżej Ciebie...

To nie jest tak, że minął rok. To jest tak, że ja od roku stoję w miejscu… a świat idzie dalej beze mnie. Dokładnie rok temu leż...